Niedźwiedź u siebie. Pokonany przez Skrzyczne :/

Niedźwiedź usiadł nad mapą i pomyślał: Pobiegnę sobie na Skrzyczne 🙂 a góra na to: Aha, taki chu*!

Po bardzo dobrym miesiącu sierpniu przyszedł wrzesień i urlop. No a co robi prawdziwy polak na urlopie? Pracuje, remontuje itp. 🙂 i bieganie mu nie w głowie. Ale ponieważ i od tego trzeba odpocząć to korzystając z pięknej pogody zdecydowałem się trzeci raz uderzyć w góry tym razem na Skrzyczne. Dlaczego? Bo po pierwsze – bardzo lubię wschody słońca w górach a ze Skrzycznego mamy bardzo ładne widoki, po drugie – po Klimczoku i Baraniej Górze, chciałem zdobyć coś wyższego a po trzecie to Skrzyczne mam w miarę blisko. Myślałem też o Babiej Górze lub o Pilsku ale odległość większa i czasowo by mi więcej zeszło a przecież jest urlop i płytki na tarasie same się nie położą 🙂

Plan był taki by wbiec na Skrzyczne szlakiem zielonym, później na Małe Skrzyczne i Malinowską Skałę. Dalej czerwonym już szlakiem przez Malinów, Grabową, Kotarz na Przełęcz Karkoszczonkę i powrót asfaltem do centrum Szczyrku. Plan ambitny bo całość miała wynieść 24 km co jeśli bym to wykonał byłoby moim rekordem jeśli chodzi o odległość. Oczywiście zdając sobie sprawę że żaden ze mnie Kilian Jornet i że taka odległość może mnie pokonać to zaplanowałem sobie wariant krótszy, który po minięciu Malinowa zakładał zbieg zielonym szlakiem do centrum.

Wyruszyłem z centrum Szczyrku o 5.00 i po chwili gdy latarnie przestały oświetlać mi drogę zapaliłem czołówkę. Oglądając wcześniej profil trasy wiedziałem że od początku będzie stromo pod górę ale nie myślałem że aż tak bardzo. Od wyruszenia przebiegłem może pół kilometra i musiałem przejść do marszu bo nie dawałem rady biec. Szybko poczułem w mięśniach, że będzie ciężko i że nie jestem przygotowany na takie stromizny. No ale jak już jestem to cisnę do góry bo chcę zdążyć na wschód słońca.

Już się rozjaśnia a jeszcze w drodze na szczyt

Zdążyłem 🙂 ale o bieganiu nic więcej nie mogę napisać bo go tam praktycznie nie było. Jedynie kilka momentów było bardziej płaskich, na których mogłem przebiec ze 100-200 metrów a reszta to szybki marsz. Tempo mojego podejścia to prawie 14 min/km – tragedia.

Zdążyłem 🙂 fotka wykonana już z tarasu widokowego na szczycie Skrzycznego

Na szczycie uzupełniłem płyny i jedzenie w postaci banana, porobiłem kilka zdjęć i pobiegłem… No w końcu mogę biegnąć 🙂 w stronę Małego Skrzycznego teren jest płaski z lekkim spadem co pozwoliło mi w końcu trochę polatać. Co jakiś czasz krzaków słychać było ryki, zachęcające do biegu, jelenie poznały swojego niedźwiedzia i dopingowały: „dawaj Paweł”, „szybciej, szybciej”, „jesteś najlepszy”… No dobra, nie było tak naprawdę 🙂 naprawdę to trafiłem na napalone jelenie, które to miały rykowisko i skoro świt zaczęły nawoływać partnerki. Tempo zaczęło już przypominać moje tempo biegowe i 5 km robię w tempie ok. 8.30 km/min ale czuję że zaczynam się trochę męczyć i mimo że teren jest bardzo łatwy to coraz częściej zastępuję bieganie marszem.

Po minięciu Malinowskiej Skały mając w planach do przebiegnięcia jeszcze jakieś 12-13 km stwierdziłem że muszę odpuścić i skrócić trasę bo nie chciałem ryzykować jakiejś niepotrzebnej kontuzji. Przy mojej obecnej wadze – 110 kg to i tak myślę że kolana i nogi dają radę i nie mogę im zbytnio dowalać bo już na co dzień mają co dźwigać 🙂 Zbiegłem sobie więc zielonym szlakiem, który był zamknięty z powodu prac nad nowymi wyciągami i trasami narciarskimi. Po dotarciu do drogi asfaltowej pomyślałem sobie, że jeszcze tylko kawałeczek, 5-10 minut to sobie pobiegnę jeszcze. Trochę się przeliczyłem i z kawałeczka zrobiło się 5 kilometrów. W sumie to nawet dobrze, bo dzięki temu zrobiłem prawie półmaraton kończąc na 20,5 km.

Podsumowanie.

Bieg na Skrzyczne okazał się dla mnie za trudny i pokonał mnie po całości, ponieważ w drodze na szczyt naprawdę było mało biegania 🙁 Jestem za słaby jeszcze na takie wyprawy i nawet jeśli byłem niezadowolony z moich osiągów to widzę kilka pozytywów: (jestem po lekturze Ultranastawienia – Travisa Macy’ego i staram się widzieć więcej pozytywów :))

  • po pierwsze i najważniejsze to bieganie w górach jest zajebiste i dalej będę to robił
  • po drugie to widzę dużą poprawę jeśli chodzi o przyzwyczajenie organizmu do biegania. Po zrobieniu półmaratonu przez Baranią Górę przez tydzień odczuwałem skutki w postaci osłabionych nóg i bólu w kolanach. Teraz było o wiele lepiej, bez bólu i zakwasów.
  • udało mi się pokonać odciski (bynajmniej na razie) – wystarczyło że kupiłem profesjonalne skarpetki do biegania w Decathlonie i to wystarczyło. Wcześniej bagatelizowałem ten temat i ubierałem zwykłe stopki. Jeżeli jesteś początkującym biegaczem a nie ma jeszcze skarpetek biegowych to zapierniczaj do sklepu i nie popełniaj tego błędu co ja.
  • kolejny raz mam sygnał, że muszę popracować nad utratą wagi bo idzie mi to powoli a bez tego to nie mam szans na lepsze bieganie. Może tym razem wezmę się bardziej w garść i rzucę słodycze w pizdu 🙂
  • postanowiłem, że w 2019 roku zapiszę się na bieg górski – jaki? to zależy jaką będę miał formę

 

Szczegóły biegu:

Dystans: 15,54 km (+5 km po asfalcie)

Czas: 2g 51m 54s

Średnie tempo: 11:04 min/km

W górę: 905 m

W dół: 797 m

Kalorie: 1678 kcal

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *