Niedźwiedź u siebie, czyli biegam w górach po raz drugi

Nie tak dawno zaliczyłem swój pierwszy bieg w górach (chociaż tak naprawdę było to bieganio-chodzenie ) na Klimczok (relacja). Tak mi się to spodobało, że niecały miesiąc później znowu byłem tam gdzie powinny być niedźwiedzie – czyli w górach w lesie 🙂 Tym razem wybór padł na Baranią Górę, z podejściem szlakiem niebieskim z Czarnej Wisełki. Szlak ten w tym roku już przeszedłem wiosną, podczas wycieczki na wschód słońca i wiem że na całej długości nie ma bardzo stromych podejść co mi bardzo odpowiadało, ponieważ idąc na Klimczok od Chaty Wuja Toma momentami było tak stromo że musiałem się zatrzymywać bo nie dawałem rady nawet iść.

Obecnie moją formę biegową po górach można porównać do takiego niedźwiedzia, który całe życie mieszkał w zoo i nagle został wypuszczony w góry by sobie pobiegał 🙂 Dlatego też sam nie wiedziałem ile uda mi się przebiec i zrobiłem 3 warianty trasy:

  • najkrótsza: szlakiem niebieskim na Baranią Górę i powrót tą samą trasą – około 13-14 km
  • średnia: niebieskim na Baranią Górę a potem dalej do Schroniska na Przysłopie i czerwonym a potem czarnym szlakiem powrót do samochodu – ok. 17-18 km
  • długa: do schroniska tak samo jak trasa średnia z tym że później szlakiem czerwonym przez Stecówkę i na koniec asfaltem obok pałacyku prezydenckiego – ok 21-22 km

W zależności od tego jak się będę czuł na siłach na szczycie Baraniej Góry oraz ewentualnie przy schronisku to wybiorę jaki wariant wybrać.

Na parking podjechałem jeszcze ciemnościach ok 4.30 rano, założyłem buty, sprawdziłem plecak czy wszystko jest,napiłem się kawy z termosu i kilka minut przed 5.00 ruszyłem do góry. W plecaku miałem 2 x 0,7 litra wody, kilka cukierków i batona czekoladowego, bluzkę i skarpety na przebranie oraz cienką kurtkę. Pierwsze 3 kilometry to bieg lekko pod górę po asfalcie, który wziąłem sobie na spokojnie truchtem w tempie ok 9 min/km. Później szlak skręca w prawo w las i zaczyna być stromo, momentami idę zamiast biec ale jest dobrze bo nie muszę się zatrzymywać. Zaczyna odczuwać na pięcie lewej nogi, że but mnie obciera i na ok 5 kilometrze zatrzymuję się i naklejam plaster. Pomogło tylko na chwilę bo plaster się odkleił i na 6 kilometrze znowu szybka przerwa na plaster, który i tak niedługo później spadł. Już wiedziałem że dalsze podklejanie na plastrów na spoconą stopę nie ma sensu i w powolnym tempie doczłapałem się na szczyt. Czas tego odcinka to 1 godzina i 18 minut.

Na szczycie była już całkiem spora grupa ludzi, którzy chcieli obejrzeć wschód słońca. Co ciekawe to część z nich nocowało na szczycie w śpiworach. Niestety na ich nieszczęście a moje szczęście, to widok wschodu słońca w tym dniu nie był najlepszy z powodu lekkiej mgły i nawet nie było widać Tatr (będąc na wschodzie na wiosnę pogoda trafiła mi idealnie i widać było wszystko). Napisałem że ten wschód był dla mnie szczęśliwy ponieważ nie traciłem czasu na podziwianie widoków tylko usiadłem na chwilę by się przebrać i ruszyć dalej. Koszulka którą ściągnąłem była tak mokra, że mogłem ją wykręcać 🙂 założyłem więc nową suchutką z plecaka, skarpety zmieniłem na suche i nakleiłem na odcisk dwa plastry – jeden poziomo, drugi pionowo (rozwiązanie to okazało się skuteczne bo plastry trzymały do samego końca). Wcisnąłem na szybko batona i ponieważ czułem się dość dobrze to zacząłem zbiegać w stronę schroniska.

Ten fragment zbiegu to był najlepszy odcinek trasy i chociaż nie miałem imponującego tempa (od 9 do 7 min/km) to zbieganie po korzeniach i kamieniach było naprawdę zajebiste. Radość ze zbiegu dodała mi sił i przy schronisku stwierdziłem, że robię wariant 3 czyli najdłuższy. Po kolejnym kilometrze zbiegu trasa poprowadziła znowu lekko pod górę do Stecówki. Z leśnej ścieżki wylądowałem na asfalcie i jak się okazało później to do końca trasy już była droga. Zmęczenie już powoli dawało o sobie znać a był dopiero 15 kilometr trasy. Na szczęście następne kilometry było mocno z górki (obok pałacyku prezydenckiego) i jakoś się przesuwałem dalej do przodu. Ostatnie dwa kilometry to był już marszobieg i po 3 godzinach i 10 minutach, pokonaniu 21,5 km dotarłem do samochodu.

Podsumowanie

Pomimo ogromnego zmęczenia bieg ten sprawił mi dużo radości ponieważ udało mi się pierwszy raz w życiu pokonać dystans półmaratonu. Na ten moment jest to jednak maksimum moich możliwości i żeby próbować biegać dłuższe dystanse muszę stracić sporo na wadze (na szczęście już ruszyło coś w dół :)). Dodatkowo muszę na przyszłość zadbać o większą ilość wody do picia ponieważ teraz mi już pod koniec zabrakło. Po powrocie do domu doszedłem też do przyczyny powstania odcisku, okazało się że na pięcie w bucie zrobiło się zgrubienie bo chyba się materiał podwinął w środku. Wystarczyło to trochę palcami pouciskać by przesunęło się w takie miejsce, które nie przeszkadza. Nie pomyślałem o tym wcześniej a gdybym to zrobił na trasie to o wiele przyjemniejsze było to bieganie. Ogólnie złapałem bakcyla do górskich biegów i mam nadzieję że niedźwiedź we wrześniu też pojawi się u siebie czyli w górach 🙂

Statystyki:

Dystans: 21,56 km

Czas: 3 godz 10 min

Średnie tempo: 8,49 min/km

Przewyższenia: w górę 1077 m, w dół 1141 m

2 Replies to “Niedźwiedź u siebie, czyli biegam w górach po raz drugi”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *